piątek, 3 lipca 2015

Powolne umieranie cz.1

- Gotowa?
- Gotowa. - Odpowiedziałam w momencie gdy drzwi windy się rozsunęły. Weszliśmy do małego pokoiku, w którym najwięcej miejsca zajmował stół i pięć krzeseł. Usiedliśmy obok siebie na szarej sofie. Po chwili drzwi windy rozsunęły się ponownie i weszły cztery osoby. Dokładniej czterech mężczyzn w oldschoolowych garniturach. Jeden z nich niósł skórzaną teczkę. Ta niepozorna aktówka była naszym celem. Mężczyźni zajęli miejsca po jednej stronie stołu. Po pięciu minutach winda po raz trzeci dzisiejszego dnia się otworzyła. Wyszedł z niej pięćdziesięcioletni mężczyzna w czarnym garniturze. Usiadł naprzeciwko pozostałej czwórki. Za moment miało odbyć się przekazanie aktówki. Ścisnęłam dłoń Nata. Odwzajemnił mój uścisk. Przekazanie teczki. Sprawdzanie zawartości. Dlaczego tak długo liczy?
- Czy tylko mi tak gorąco? - wyszeptałam mu do ucha. Nie odpowiedział, ale widziałam po jego twarzy, że jest zdenerwowany. Wpatrywałam się w niego jakbym widziała go po raz pierwszy. Ciemne włosy kontrastujące z jasną cerą sprawiały, że wyglądał na dużo starszego niż w rzeczywistości. Gęste rzęsy okalające zielone, wręcz szmaragdowe oczy. Mocno zarysowana szczęka z delikatnym zarostem. Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk zamykanej walizki. Obróciłam twarz w stronę stołu. Nie było już czterech z pięciu gości. W pomieszczeniu zostałam tylko ja, Nat, facet po pięćdziesiątce i nasz cel. Wolnym krokiem ruszyliśmy w stronę windy, a facet z aktówką udał się za nami. Nathaniel założył skórzane rękawiczki. Weszliśmy we trójkę do windy. Nat zasłonił dłonią usta. To był ten moment, w którym zaczynała się moja rola.
- Przepraszam - zagadnęłam. - Sznurowadło się panu rozwiązało. - W momencie gdy jegomość schylił się, żeby zauważyć, że blefowałam. w tym samym momencie Nat wyciągnął z kieszeni nóż i poderżnął mu gardło. W momencie, gdy podłogę zalewała czerwona ciecz, Nat wyłamał klapę w suficie i pomógł mi się tam wgramolić. Zaczęłam się wspinać po linie trzymającą kabinę. Miałam do pokonania dwa piętra. Na oko pięć metrów.  Nat dogonił mnie w połowie. Gdy byliśmy na właściwym piętrze wyjęłam z kieszeni spodni scyzoryk i wysunęłam nóż. Wcisnęłam go pomiędzy szparę w drzwiach i rozsunęłam drzwi. Usiadłam na podłodze w pomieszczeniu, z którego wcześniej wyszliśmy. Nat podał mi teczkę, a ja pobiegłam schować ją za kanapę. Nat w tym czasie pozbył się noża i rękawiczek, a ja usiadłam na kanapie.
- Pamiętasz dalszy plan? - zapytał mnie aksamitny głos mojego towarzysza.
- Tak. Mam wyglądać na przerażoną i się nie odzywać nie pytana. - W tym momencie rozległ się dzwonek ogłaszający przybycie windy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz